Podróże w pojedynkę?

Z kim jedziesz? Jak to sama? To przecież niebezpieczne. Nie będzie Ci smutno samej?

Dla wielu osób z mojego otoczenia największym zaskoczeniem jest fakt, że wyjeżdżam sama. Dla tych, którzy się o mnie troszczą najbardziej, koronnym argumentem jest bezpieczeństwo. Najlepiej oczywiście, aby towarzyszem podróży był mężczyzna. Bo niby to zawsze bohater. Upoluje zwierza na kolację, odda ciepłą kurtkę jak będzie Ci zimno i obroni przed wszystkimi złami tego świata. Sprawa z mojej perspektywy mocno dyskusyjna. Podróżowałam już z różnymi facetami w moim życiu i nie powiem, że we wszystkich wypadkach miałam większe jaja od nich, bo to totalnie nieprawda. Było wśród nich kilku naprawdę równych gości. Jednakże podróżowanie z mężczyzną, który jednocześnie nie jest twoim facetem bywa problematyczne. Nie jesteś jego dziewczyną co automatycznie oznacza, że nie możesz od niego wielu rzeczy wymagać. Jednocześnie skoro nią nie jesteś to nie musisz się z nim tez cackać.

A zatem może Cię wkurzać, bo ma wszystko w poważaniu, kompletnie nie zna się na mapie i najchętniej zgubiłabyś go za rogiem, bo Ci ciąży u nogi jak zbędny balast. Może mieć inne usposobienie i nie spodoba mu się, że chcesz poznawać ludzi wokół i spędzasz cały wieczór w kuchni hostelu dyskutując o wszystkim z przystojnym, amerykańskim anestezjologiem. Może nie umieć prosić obcych o pomoc, kiedy taka pomoc jest potrzebna. Może też robić lub nie robić wielu innych rzeczy. Może być też super kompanem i konia z rzędem temu, kto takiego ma i na każdy wyjazd jest go w stanie namówić! Koniec końców i tak wszyscy będą uważali Was za parę. Ma to swoje plusy i minusy. Plusy jeśli chcesz kogoś spławić. Minusy jeśli nie 😉

Ktoś powinien mi teraz zarzucić, że wszystko powyższe może się zdarzyć też w czasie podróży z kobietą. Pewnie i może. Tego nie wiem, bo podróżowałam do tej pory raczej z mężczyznami. Wyjątkiem jest moja najlepsza przyjaciółka, z którą pojechałabym na koniec świata i na pewno byśmy się dogadały. Wielka to szkoda, że ona raczej nie skusi się na pedałowanie przez Nowa Zelandię na rowerze i robienie kilkudniowych trekkingów w międzyczasie. Ale jeśli w lipcu będzie mi po drodze do Tokio to na pewno spotkamy się w jakimś sushi barze i będzie tak, jakbyśmy widziały się zaledwie dzień wcześniej.

To dlaczego sama?

1. Powodem najbardziej błahym i do którego przyznaję się bez bicia: po prostu nie mam z kim. Wyjazd do Nowej Zelandii na 3 tygodnie wymaga już całkiem zgrabnego budżetu. Wyjazd na dlużej niż 2-3 tygodnie wymaga zapewne nieco większego budżetu, jak również czasu. Moi znajomi nie tyle tego czasu nie mają (bo każdy z nas ma przecież tyle samo czasu), ale doskonale rozumiem, że maja inne priorytety na jego spędzanie. Strach rzucać pracę, o którą się długo walczyło. W domu jest ciepło, miło i wygodnie. Nie trzeba wystawiać nogi na zimno strefy ryzyka.
2.  Jeśli miałabym z kim jechać to trzeba się naprawdę dograć, aby każdy był zadowolony. Wiele decyzji jest przecież do podjęcia. Rowerem, autobusem czy autostopem? Śpimy po taniości pod namiotem czy w ładnych guesthousach? Jakie mamy budżety? Interesują nas miasta czy raczej pustkowia? Długie i wykańczające trekkingi czy krótkie spacerki i piwko co wieczór? Przekleństwo mojego pokolenia: mnogość wyborów. Pomijając już fakt, że gdyby w lipcu, ktoś ten bilet kupił tak jak ja to nigdy bym się nie zdecydowała w listopadzie na to, że nie wracam, bo to od razu zmienia założenia i byłoby mi głupio komuś rujnować wyjazd.
3. 2 osoby to już grupa. Grupa mająca swój język, swoje przyzwyczajenia i plany. Grupie trudniej zmienić decyzję w mgnieniu oka, grupa potrzebuje kompromisów. A jak się tak jedzie samemu to hulaj dusza, piekła nie ma! Jak się zgubię to sama będę sobie winna, na nikim nie będę mogla psów wieszać, że nie spojrzał na mapę i nie sprawdził, czy na pewno dobrze jedziemy. Jak poznam kogoś z kim zechcę spędzić trochę więcej czasu to nie będę musiała się zastanawiać, czy ta osoba czuje się komfortowo i też nowego kompana lubi i akceptuje. Jak mi przyjdzie na myśl pedałować 100km więcej tylko po to żeby zobaczyć tysięcznego pingwina tylko dlatego, że ma inny kolor piórka pod lewym skrzydłem to też to zrobić mogę. Czasem jak widać może być irracjonalnie. Ale marzenia często właśnie takie bywają. Ponadto jak się jest samemu to poznaje się dużo więcej osób. Jedna osoba nie onieśmiela obcego tak jak grupa, więc dużo więcej ludzi jest skłonnych wejść z Tobą w interakcję. Ty też musisz wszystko załatwić samemu i nie oglądasz się na kompana, czy może on to zrobi za Ciebie.

Pewna Austriaczka – Klara Harden popełniła film o samotnym trekkingu przez Islandię, który jest po części winny temu, że postanowiłam zrealizować swoje marzenie. W pewnym momencie filmu stwierdza, że jak spędza się tak dużo czasu samemu ze sobą to można mieć już siebie dosyć. Z mojego doświadczenia wynika, że tylko wtedy kiedy sam ze sobą czujesz się dobrze i sam ze soba się nie nudzisz, wtedy też inni ludzie będą czuć się z Tobą dobrze. Na czym to polega? Może nie czują sie zobligowani aby Ci coś zapewnić? A może po prostu widzą, że jest z czego czerpać?

Wiem, generalizuje. I jest wiele opcji w tym wszystkim. Znam świetne pary, które podróżują razem a jednocześnie są wspaniale otwarte na świat. I rozumiem też ludzi, dla których nawet jedzenie w pojedynkę jest udręką, bo nie dzielą tej chwili z kimś innym. Ale w tym całe piękno, że ja to zrobię po swojemu. 🙂

Na koniec zawsze mówię w żartach, że jadę szukać męża. A jak wiadomo drzewa się do lasu nie ciągnie. Niestety moja mama już się na to nie nabiera.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s