Wulkany Indonezji: Gunung Semeru 3676m npm

Siedze w namiocie odkad zapadl zmrok – czyli od okolo 18:30. W okolicach rownika dzien i noc sa rownej dlugosci. Slonce wstaje w zaleznosci od tego w ktorej strefie czasowej i na jakiej dlugosci geograficznej jestes pomiedzy 5:30 a 6:30. Tak samo, tez zachodzi wieczorem pomiedzy 17:30 a 18:30. Od kilku godzin probuje sie chociaz zdrzemnac, zeby zyskac nieco energii na wejscie na szczyt. Ale jest potwornie zimno. Moj ultra-lekki namiot przepuszcza cale zimne powietrze do srodka, zapomnialam wypozyczyc karimate a pozyczony spiwor, ktorego entuzjastka na poczatku bylam gdyz mial logo znanej brytyjskiej marki okazuje sie ultra cienka podrobka tego producenta. Ubieram na siebie wszystko co mam cieplego a pod siebie klade reszte ubran i sarong, ktory jakis czas dostalam od zaprzyjaznionej balijskiej rodziny. Dalej zimno. Wsadzam nogi do plecaka. Nie jest to zbyt wygodna pozycja. Ostatnia proba. Zakladam kurtke, rekawiczki a na twarz zaciagam buffa. Najbardziej nie lubie, kiedy jest mi cieplo tylko nos mi marznie. Leze jak mumia kompletnie nieruchomo.

Jest 23:00. Mam w planach zaczac wspinaczke o 1 w nocy aby byc na szczycie na krotko przed switem. Na wulkany nalezy wspinac sie noca nie tylko ze wzgledu na to, ze wtedy sa najwieksze szanse na przejrzyste powietrze i piekne widoki. Wtedy jest tez najmniejsze prawdopodobienstwo, ze taki aktywny wulkan wybuchnie. O 23:08 dochodza mnie glosy, indonezyjskie nastolatki z namiotow ustawionych obok mojego juz wychodza na szczyt. Nagle slysze: “Miss, Miss! Do you want to go with us to the top?” Otwieram namiot i wychylam z niego glowe. Pytam czy wychodza juz teraz. Slysze twierdzaca odpowiedz. Szybko rozwazam sytuacje. Jest ich dosc spora grupa, zawsze bezpieczeniej isc razem, moze wiedza cos wiecej i wspinaczka potrwa dluzej niz zakladane przeze mnie 4 godziny. Podejmuje decyzje, aby do nich dolaczyc. Jak sie pozniej okaze bledna. Pakuje do plecaka spiwor, wode i kilka batonow, zakladam buty i dolaczam do grupy.

Poznaje tez Damiena – Belga, ktory idzie z nami na szczyt. Wynajal przewodnika. Ten nie mowi za grosz po angielsku ale dobrze zna droge. Ja nie zdecydowalam sie na wynajecie lokalnego przewodnika z kilku wzgledow. Po pierwsze po tym jak w Indonezji  zostal nakrecony film o wspinaczce na Semeru, ktory wcale nie byl dokumentem a romansem ze zdobywaniem szczytu w tle histori milosnej, wiele nastolatkow chce tak jak bohaterowie filmu wejsc na te gore. Byl to argument przeciwko przewodnikowi, bo skoro bedzie tam sporo osob zawsze bede mogla sie do kogos dolaczyc. Po drugie zrobilam dosc doglebny reaserch w internecie i kazdy kto na Semeru wszedl pisal, ze szlak jest bardzo dobrze oznaczony i trudno sie zgubic. Niemniej jednak nie gardze towarzystwem kogos kto zna droge.

Gunung Semeru

Pierwsze 400m wysokosci – okolo 2km w terenie trzeba pokonac przez las. Dopiero na okolo 3100m npm koncza sie drzewa i zaczyna sie zabawa we wspinaczke po wulkanicznych skalach i pyle. Jeden kilometr do szczytu, nieco ponad 500m przewyzszenia. Kiedy patrzylam na na Semeru z daleka dlugo zastanawialam sie ktoredy wiedzie sciezka na szczyt. Nie przypuszczalam ze jest to prosta linia wpoprzek jego polnocnego zbocza. Jest ciezko, poniewaz pyl jest mialki jak piasek. I przypomina to troche wspinaczke w stylu czolgajaco-pelzajacym: robisz dwa kroki, jeden zjezdzasz w dol. Jest piekna gwiazdzista noc z pelnia ksiezyca, ktory oswietla droge na tyle, ze czolowka staje sie zbedna.

Razem z Damienem staramy trzymac sie razem. Co 50m przewyzszenia robimy krotkie przerwy. Tempo jest calkiem niezle kazde 100m wysokosci w 30min. Juz wiem, ze bedziemy na szczycie na dlugo przed switem. Po mniej wiecej 3h45min wspinaczki stajemy na szczycie. Jest godzina 3:15. Do switu ponad 2h. Jest bardzo, bardzo, bardzo zimo. Patrzymy jak z krateru po poludniowej czesci masywu uchodzi dym, czasem widac nawet troche lawy i pomaranczowych iskier. Nie mozemy podejsc blizej ze wzgledow bezpieczenstwa. Podobno kilku smialkow stracilo tutaj zycie, kiedy w glowe trafil ich wyrzucony razem z dymem kamien.

Siadamy nieco ponizej szczytu, tutaj przeczekamy 2h do switu. Z satysfakcja wyciagam z plecaka spiwor. Marny bo marny, ale zawsze cos. Najpierw sie tylko nim okrywam. Potem wchodze do niego cala razem z butami. Czekamy. Nieco przysypiam. Zaczynam rozumiec dlaczego noc spedzona w gorach wysokich poza campingiem oznacza prawie zawsze smierc. Ja jestem na wysokosci nieco ponad 3600m npm a jest mi skrajnie zimno. Nie pomagaja mokre plecy, spocone w czasie wspinaczki na szczyt. Patrze na zegarek, dochodzi piata rano. Wystawiam glowe ze spiwora, Damien i jego przewodnik znikneli. Podnosze sie i wyglam ponad skala, ktora byla moim schronieniem. Juz rozumiem dlaczego. Świta. Piekne kolory zaczynaja rozswietlac niebo na wschodzie. Pomarancze, roze, fiolety. Podchodze kilka metrow, aby znalezc sie na szczycie i zaczynam robic zdjecia. Nie wytrzymuje jednak dlugo. Nadal jest potwornie zimno. Zaczynam chodzic dookola, podskakiwac aby sie troche rozgrzac.

Swit

SONY DSC

W tym czasie na szczyt docieraja inni wspinacze. Rowniez grupa nastolatkow, ktora wystartowala z nami o 23 z obozu. Szli duzo wolniej niz my. Na pewno zmarzli tez duzo mniej. Nie jestem zla ale zmeczona. Kiedy tylko slonce pojawia sie na horyzoncie postanawiam zaczac schodzic. Droga ktora pod gore jest wykanczajaca w dol stanowi dosc przyjemny zjazd. Za kazdym zrobionym krokiem obsuwasz sie w dol jakies 3. W ten sposob rozgrzewajac sie w sloncu, ktore szybko osiaga spora wysokosc, docieram w 1,5h do namiotu. Zdejmuje zbedne ubrania i gotuje sniadanie. Zwijam oboz. I ruszam w dol.

Ranu Kumbolo

Do Ranu Pani, czyli pierwszej wioski z ktorej moge znalezc transport pod Bromo okolo 15km. Z przyjemnoscia pokonuje pierwsza czesc trasy prowadzaca przez sosnowy las i mala sawanne ze slicznymi fioletowymi kwiatami do malowniczego jeziora Ranu Kumbolo. Mijam na trasie sporo osob, ktore beda atakowac szczyt nastepnej nocy. Odpowiadam na pozdrowienia: hello Miss! I najczestsze pytanie “Are you alone?” Tak jestem sama, i wszedzie nieprzerwanie w Indonezji budzi to ogromne zdziwienie i bardzo czesto troske. Czasem klamie, ze ktos gdzies na mnie czeka. Ze chlopak, ze przyjaciel, ze znajomi. Ze ja tylko tak przez moment sama, bo musze do kogos dojechac. Wszyscy w to wierza. No bo jak to sama dziewczyna? I to jeszcze w gorach?

Sama w gorach

Od jeziorka moge pojsc ta sama droga, ktora wczoraj wchodzilam, przez gesta dzungle dosc lagodnym zboczem. Lub wybrac alternatywna opcje z krotka wspinaczka do przeleczy skad podobno sa piekne widoki na szczyt Semeru od poludnia i Bromo od polnocy. Wybieram te druga opcje. Nie martwie sie poki co, ze wyladuje w innej czesci wioski i bede musiala wrocic do biura Parku Narodowego, zeby zameldowac, ze jestem cala i zdrowa, odebrac depozyt i oddac spiwor i palnik, ktore pozyczylam. Juz po pierwszych 100m wspinaczki zaczynam zalowac swojej decyzji ale postanawiam nie wracac. Kiedy w koncu po ponad godzinie docieram na przelecz, niebo zasnute jest mgla w obu kierunkach. Widoki zadne. Przeklinam swoje szczescie w duchu i zaczynam schodzic do wioski.

Droga jest dluga a moje kolano zaczyna bolec. Zazwyczaj boli przy zejsciu, nigdy przy podejsciu. Nie wiem dlaczego. Elastyczny bandaz nie pomaga. Droga jest dosyc uciazliwa, bo z kazdym krokiem wznieca sie tumany pylu. Dawno tutaj nie padalo. Na dodatek miejscowa ludnosc czerpie stad drewno na opal, wiec co kilka minut musze ustepowac drogi skuterkom. Po kolejnej godzinie dochodze do wioski. I kompletnie nie wiem gdzie jestem. Logika nakazuje kierowac sie na wschod. Pytam miejscowych ludzi o biuro parku. W koncu docieram na miejsce. Odbieram depozyt. Melduje, zem zywa. I postanawiam tego samego dnia dostac sie do Cemoro Lawang – wioski pod kolejnym wulkanem – Bromo.Chcialam te trase przejsc na piechote. To okolo 20km najpierw na przelecz a potem przez piekna sawanne. Jednak po nieprzespanej nocy wiem, ze nastepnego dnia nie bede jeszcze w pelni sil, aby isc taki kawalek z ciezkim plecakiem.

Udaje sie do wioski i zaczepiona przez mala dziewczynke, zagaduje miejscowych aby znalezc transport. Ojek – bo tak nazywa sie motor taksowka to cos czego szukam. Robi sie zbiegowisko. Wszyscy chca wiedziec czego chce bule (bialy czlowiek). Negocjujemy piszac patykiem kwoty na pylistym podlozu. Pierwszy mezczyzna kreci nosem. Jestem zmeczona, chce jak najszybciej znalezc nocleg i pojsc spac. Stawiam sprawe jasno: “yes or no?” Mysle, ze jesli nie tutaj to przejde kolejne 100m narobie nowej wrzawy i w koncu ktos sie znajdzie. Proponowane przeze mnie 150tys rupii to dosc sporo pieniedzy za 3h przejazdzke w te i z powrotem na motorze. (150tys rupii = okolo 10eur). Nagle ogladam sie za siebie a tam inny mezczyzna juz z gotowym motorem zaprasza mnie na tylnia czesc siedzenia. Kiwamy do siebie z zadowolniem glowami. Siadam za nim, obejmuje go w pasie i z ciezkim plecakiem na plecach juz wiem, ze to bedzie srednio przyjemna przejazdzka. Ale nie mam wyjscia. Macham na pozegnanie dziewczynce, ktora zaczela ze mna rozmowe. Krzycze “Sampaj jumpa!” (do zobaczenia!) i juz nas nie ma.

Droga jak to w gorach jest w okropnym stanie. Podskakuje na wybojach, bola mnie plecy, i kosci miednicy, ktore trzymaja mnie na motorze. Gdy wiezdzamy na sawanne widoki nie sa jakies cudne. Bromo wydaje sie malenstwem w porownaniu do Semeru. Kilka razy prawie wypadam z motorka, kiedy przejezdzamy przez glebokie haldy wulkanicznego pylu. Gdy dojezdzamy na miejsce moj szofer dziekuje mi, klaniajac sie w pas. Zarobil na tej wycieczce naprawde ladne pare groszy. Ja udaje sie prosto do hotelu, czlowiek w recepcji pyta czy chce zobaczyc pokoj zanim sie zdecyduje. Krece przeczaco glowa. Nie bede dwa razy chodzic po schodach ani tym bardziej szukac innej opcji noclegu. Potrzebuje tylko goracego prysznica, lozka i cieplego koca. Maja to wszystko. Wniebowzieta place dosc wygorowana cene, zostawiam plecak w pokoju i ide jeszcze cos szybko zjesc. A potem zapadam w dlugi sen. Kiedy nad ranem slysze Niemcow z pokoju obok wybierajacych sie na wschod slonca, ja obracam sie tylko na drugi bok. Mi jeden wschod slonca w tym parku narodowym kompletnie wystarczy. Wstaje o 6 rano i ide na spacer na drugi wulkan. Spacer! To tylko 2400m npm. I schody do krawedzi krateru… Wybieram alternatywna sciezke po lewej stronie schodow. Siadam nad kraterem z ktorego uchodza kłęby dymu i ciesze sie cieplem slonca.

SONY DSC

 

Reklamy

5 uwag do wpisu “Wulkany Indonezji: Gunung Semeru 3676m npm

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s