Pieniądz rządzi światem, wulkanami też…

Stop stop! Ktos na drodze zaczął krzyczeć i wymachiwac rękoma. Zazwyczaj takich omijam szerokim łukiem i jeszcze dodaje gazu jadąc na skuterku. Przyzwyczaiłam sie, ze Balijczycy widząc mnie z plecakiem chcą mnie zatrzymać, aby zaoferować nocleg w ‚najlepszej cenie’, sprzedać truskawki albo koraliki. Jednak ten miał na sobie cos wyglądającego jak mundur wiec pomyślałam moze lepiej nie zadzierać, bo jeszcze mnie zaczną gonić. Chociaż miałam tego dnia kontrole prawa jazdy to mundurowi policjanta sie jakos nie przyjrzałam aby moc porównać. A i jak zwykle moje międzynarodowe prawo jazdy na samochód nie wzbudziło watpliwosci. Jedynie zdjecie wywołało salwę uśmiechów i powtarzania ze jestem cantik, cantik (ładna, ładna). No wiec stoję a pan w mundurze krzyczy do mnie 15tys rupii! A ja do niego: „ale przepraszam za co? Za to ze sobie na skuterku droga jade?” No na autostradę mi to nie wyglada. On dalej swoje, ze 15tys. Pokazuje na bilet który ma w ręku. A tam zdjecie świątyni. No tak. Szlak na Gunung Agung czyli najwyższy wulkan na Bali zaczyna sie w miejscowości Pura Besakih gdzie znajduje sie ogromny kompleks świątyń hinduistycznych odwiedzany tłumnie przez turystow. Ale ja kręcę głowa, przykro mi prosze pana ale mnie świątynia nie interesuje, ja chce wejsc na wulkan. „Masz przewodnika? Nie? No to tam jest jeden.” Juz gwiżdże na kumpla, ten każe za soba jechac. Jedziemy 5min, zaczynam sie zastanawiać o co chodzi. Krzycze do niego, ze przepraszam ale na wulkan to raczej nie w ta strone. Dojeżdżamy do luksusowej jak na balijskie warunki villi. Szanowny Pan miota mna z kata w kat i nie moze sie zdecydować gdzie ze mna bedzie rozmawiał. Zaprasza mnie do kolejnej villi, pokazuje pokój. Powoli tracę cierpliwość i mowie, ze mnie interesuje wulkan a nie jego homestay i ze miejsce do spania to ja sobie znajde sama. Po jakichs 20 minutach od spotkania dochodzi do rozmowy o cenie. Najpierw oczywiscie musze wysłuchać, ze oni tam maja organizacje zrzeszająca przewodników i ze bez przewodnika nie wolno itd. Co tak naprawde jest fikcja bo jesli masz skuter lub auto i chociażby ślad w gpsie to przyjezdzasz w nocy na start i idziesz. Nikt Cie nie zatrzyma z karabinem i nie powie przepraszamy ale my tutaj mamy organizacje. Gdybym ślad do gps’a miała tak wlasnie bym postąpiła. Ale nie miałam, bo nikt w internecie na to nie wpadł. Sama chciałam ślad zarejestrować ale baterie mi w gpsie padły wiec kolejnym wspinaczom tez nie pomogę wejsc na wulkan bez płacenia dużej kasy. Szlak jak sie potem okaże jest dość skomplikowany wiec w nocy naprawde łatwo sie zgubić i ktos kto pokaże drogę jest moze nie tyle wart swojej ceny co jest przydatny. No ale do rzeczy. Pan rząda 800tys. rupii za wejście na szczyt plus dodatkowo 150tys za pokój (100tys rupii to okolo 6eur). Pokój jak na moje standardy dość luksusowy wiec od razu mi sie ta opcja nie podoba. 800tys rupii to tez spora kwota, tyle samo proponowano mi w Ubud w agencji za zorganizowana wycieczkę razem z dojazdem z tym ze z wejściem inna nieco krótsza droga i nie na sam wierzchołek. Próbuje negocjować ale pan jest nieugiety. Mięknie kiedy dziękuje i kieruje sie w strone skuterka. Krzyczy cenę 800tys razem z pokojem. Ale ja juz go nie słucham, skoro jest organizacja musi gdzies tutaj byc jej biuro. Ja sobie sprawdzę, co oni powiedzą. Wiem ze na wulkan Batur jest z gory ustalona cena za przewodnika, wiec tutaj powinno byc podobnie. Po krótkim blakaniu sie po wiosce, mały chłopiec wskazuje mi w koncu drogę do biura. Obskoczylo mnie tam 5 facetow i nie ma dyskusji 700tys. za przewodnika. Nie ma żadnej grupy aby do niej dołączyć i w ogole nie chcą słyszeć o zejściu z ceny. Chwile rozważam sytuacje. 700tys. to naprawde sporo pieniędzy, oczywiscie przewodnik nie dostaje z tego całej kwoty, ba nawet nie zobaczy polowy. Te organizacje rządzą sie jakimiś swoimi pokreconymi prawami, które mi sie nie podobają ale na wulkan i tak chce wejsc. Łamie sie, bo wiem ze to ostatnia szansa zeby zdobyc szczyt i innego pomysłu na uniknięcie płacenia nie mam. Znajduje tez nocleg.
Kiedy wnoszę do pokoju plecak pojawia sie kolejny człowiek i mowi ze skoro ide na szczyt to musze isc na medytacje do świątyni. Gunung Agung to najswietsza gora dla Balijczykow wiec moze faktycznie bedzie na miejscu jesli uszanuje ich święta gore w ten sposob. Moja czujność jest nieco uśpiona jesli chodzi o naciągaczy i ide z nim. Nie pyta mnie czy mam bilet. Świątynia a raczej kilka świątyń sa ogromne ale nie robią na mnie większego wrażenia. W ogole cała religia na Bali wydaje sie dla mnie jakims przedstawieniem a nie zasadami, którymi należy sie kierować. Wiecej tam kwiatków, ciasteczek i kadzidełek niz reguł na zycie. Juz na poczatku przestaje mi sie to podobać, pan każe mi wyciągnąć aparat i mowi kiedy mam robic zdjecia. Hmm.. No a co z ta medytacja? Po drodze wspomina ze jest ochroniarzem świątyni i ze bez niego turyście nie wolno wejsc do środka. Wtedy juz wiem ze beda z nim problemy, ale za późno zeby sie wycofać. Uczestniczę w tym przedstawieniu dla turystow. On zadaje mi jakies pytania i sam sobie na nie odpowiada. Np. sam dochodzi do wniosku ze jestem studentka na wakacjach. Nie zaprzeczam. Jednak bardzo mi sie podoba wyraz zdziwienia na jego twarzy kiedy wtrącam jakies słowa po indonezyjsku i balijsku. A kiedy podczas medytacji wiem jak sie zachować i gdzie sobie przylepic ten ich mokry ryż on nie wytrzymuje i pyta skad o tym wiem. Napomykam tylko, ze uczestniczyłam w maju w ceremonii w Songan. Pan milknie ze skonsternowanym wyrazem twarzy. Mowi tylko, ze powinnam w swiatyni zostawic donation za medytacje. Wsadzam do tych ich kwiatuszków banknot 5tys rupii. To jakies 30euro centów. I tak kupa pieniędzy, zazwyczaj w świątyniach widziałam jak ludzie zostawiali monetki czyli mniej niz 5 eurocentow. Pan nie ma zadowolonej miny ale nic nie komentuje. Wracamy do miejsca w którym sie zatrzymałam. Jeszcze próbuje mnie namówić, ze moze mnie a kolacje zawieźć do restauracji. Odmawiam, bo widziałam dookoła conajmniej 10 warungow. Tam sie bede stołować. Kiedy docieramy do homestayu zaczyna mowić ze oni tutaj maja taka organizacje (następni! Co oni z tymi organizacjami?) ochroniarzy świątyni i ze jesli mi sie podobało to moge mu dac napiwek. Pierwszy raz w zyciu ktos mi sie upomina napiwku. No ale ok, nie zapłaciłam za bilet wiec wyciągam 15tys rupii i mu podaje. On kręci głowa i mowi, ze ale tutaj ludzie daja po 10dolarow. Przestaje mnie juz to bawić. Robie krzywa minę i mowie, ze ja juz zapłaciłam im 700tys rupii, pan na to ze to co innego. Odbijam piłeczkę, ze albo weźmie te 15tys. albo nie dam mu nic, bo takie kwoty to sie podaje na poczatku jako cenę za usługę a nie rząda w ramach napiwku, którego wysokość z reguły jest ustalana przez dającego a nie otrzymujacego. No niestety nie zostaniemy przyjaciółmi. A raczej moj portfel nie zaprzyjaźni sie z panem strażnikiem świątyni. Żegnamy sie chłodno a ja udaje sie na do warungu na obiad. Tam po zjedzeniu smazonego ryżu i wzięciu dwoch butelek wody słyszę po raz kolejny cenę jak z kosmosu. Balijczycy w takich wioskach jak ta sa ekstremalnie bezczelni i zepsuci przez pieniądze zachodnich turystow. Robie wielkie oczy i wyciągam pieniądze. Nie bede sie z panią kucharka kłócić ale mam nauczkę na przyszłość, ze w zapasy wody trzeba sie zaopatrywać odpowiednio wczesniej w supermarkecie. Jak widać historia wejścia na wulkan zaczęła sie na długo zanim włożyłam na nogi buty trekkingowe. O samym wulkanie napisze innym razem. Wtedy tez napisze o przewodniku, któremu niestety bezczelności tez nie brakowało…

Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Pieniądz rządzi światem, wulkanami też…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s