A dzisiaj zjesz rybę na kolację!

Najpiękniejsze widoki są zawsze po deszczu – stwierdził kiedyś Kuba. Właśnie przestało lać. Zatem siedzę teraz na tarasie mojego tymczasowego przybytku i się gapię. I oczom nie wierzę, że to już mój szósty dzień nad Jeziorem Toba a ja ten osławiony wodospad widzę dopiero teraz. Znajduje się w lini prostej od mojego fotela. Patrzy się na mnie a woda spływa z niego szumiąc zapewnie szyderczo. Na szczęście tego nie słyszę bo jednak do niego trochę daleko. W ciągu dnia wodospad chowa się za mgłą, która szczelnie opatula okoliczne pagórki wznoszące się dumnie wokół jeziora. Pewnie o poranku można go zauważyć ale moje poranki zaczynają się o 10 rano, bo mam ogromne łóżko i potrzebuje trochę więcej snu, żeby nie mieć poczucia, że nie wykorzystuje w pełni jego możliwości. O tej porze wodospad pewnie jada mgłę na drugie śniadanie a może nawet lancz. Wioseczka o dosyć mylącej nazwie Tuk Tuk*, w której postanowiłam na chwile zamieszkać, znajduje się na wyspie Samosir na jeziorze Toba. Wysokość: 913m npm. Jest zimno, pada deszcz a ja chodzę (i śpię też) w skarpetkach. I sprawia mi ich zakładanie nie lada frajdę, tak samo jak czytanie książek na tarasie siedząc wieczorami pod kocykiem. Trochę jakbym jesień witała tutaj na Sumatrze.

Jezioro Toba to największe jezioro wulkaniczne na świecie. Znajduje się w kraterze wulkanu, który wybuchając 70 tys. lat temu zmienił klimat na Ziemi. A jego pozostałości rozciągają się przez 100km z północy na południe a szerokie są na jakieś 30km. Taki był sobie tutaj kiedyś gigant.

Okolice zamieszkują Batakowie. Ale Batakowie znad jeziora Toba. To ważne wyszczególnienie bo jak mi Mike tłumaczył w prowincji Sumatry Północnej istnieje 5 różnych klanów Bataków. I podobno każdy ma inny język. Ci tutaj to chrześcijanie. Katolicy i protestanci. Nie muszę zatem zbytnio zakrywać moich lubieżnych łydek i przedramion. Ale co z tego skoro i tak jest zimno, więc chodzę opatulona po uszy, aby się zwyczajnie nie przeziębić. Tuk Tuk jest wioseczką mocno turystyczną, sklepy z pamiątkami, guesthousy i restauracje. Tylko turystów brak. Dziennie widuje może 4-5 osób. W moim guesthouse jestem jedynym gościem. Kiedy po dwóch nocach postanowiłam zostać na tydzień dłużej i zakomunikowałam to mojej właścicielce ta dostała ataku histerii z radości. Zgodziła się na rabat i tak mam dwuosobowy pokój z łazienką za 20euro. Za tydzień. Ponadto ta sama rodzinka ma restauracje kawałek dalej wzdłuż drogi. Mam tam otwarty rachunek bo ceny przystępne a jedzenie wyśmienite. Uśmiechamy się zatem do siebie dwa razy dziennie, mnie nikt nie nagabuje, kiedy spokojnie jadam sobie śniadania i kolacje a ona się cieszy, bo jestem jej jedynym klientem. Co do nagabywania to piszę o tym, gdyż dwie pierwsze noce spędziłam w innym miejscu. Na włościach niejakiego Mike’a. Widok też był niczego sobie, i ciepła woda była i hamak. Jedynym mankamentem poza zbyt wysoką ceną był sam Mike. Już pierwszego wieczora przy szklaneczce tuaku* w barze wypełnionym po brzegi lokalnymi mężczyznami grającymi z zapałem w karciane domino roztoczył przede mną wizję wspólnej wyprawy nad wodospad, picia lokalnego wina, poznania jego mamy i innych atrakcji. Czekałam wtedy na Danyę więc miałam niezłą wymówkę. Kiedy jednak najpierw stwierdził, że chyba (ja) zjem dzisiaj na kolację rybę w curry a potem odwożąc mnie do domu na jego wypaśnym motorze wziął mnie za rękę i obwieścił, że powinnam zapomnieć o swoim chłopaku, związać się z jakimś lokalsem i tutaj zamieszkać to przestaliśmy się lubić. Następnego dnia widziałam, że znalazł sobie nową ofiarę a ja znalazłam sobie nowy pokój. I tak jak nie mam nic przeciwko interakcji z miejscową ludnością a nawet przecież o to mi chodzi tak ta interakcja nie dawała mi zbyt wiele wyboru a i oczekiwała zbyt wiele w zamian… Nie piszę tego, żeby się pochwalić, że mam wzięcie. Tylko po to, żeby pokazać jak wielkim marzeniem indonezyjskich mężczyzn jest posiadanie białej żony, jaki to byłby zaszczyt i honor! Jak by im wszyscy zazdrościli! I jak mocno oni odebraliby jej prawo decydowania co ma ochotę zjeść na kolację.

Jednego przedpołudnia postanowiłam wybrać się na przejażdżkę wypożyczonym skuterem w góry z których spływa wodospad. Droga była koszmarna i po 15 minutach podskakiwania na kamieniach skuter się wywrócił. Potem przez kolejne 5 minut nie chciał odpalić i kiedy już myślałam że zabiłam dziada i już nic z niego nie będzie a ja zostanę w nocy pożarta przez małpy ten ruszył a ja powoli i spokojnie wróciłam do wioski.

Dobra to ja wracam do gapienia się na wodospad zanim się schowa. Pogapię się tak jeszcze do poniedziałku a potem pojadę kąpać słonie i wtedy dopiero będzie o czym opowiadać.

*Tuk Tuk to również nazwa środka transportu w Pd-Wsch Azji. Pewnej nocy odbyłam taką oto konwersację – gdzie jesteś? – w Tuk Tuk – o pierwszej w nocy? – no tak? – gdzie? – no we wioseczce Tuk Tuk na wyspie Samosir na Jeziorze Toba – aaaa ok!
*tuak to lokalny alkohol na bazie sfermentowanej palmy, procentowo nie więcej niż piwo a smakowo jak zepsuty sok z czegoś bliżej nieokreślonego.
*Batakowie podobno praktykowali kiedyś kanibalizm. Ja jednak postanowiłam nie poruszać tego tematu.

Advertisements

2 uwagi do wpisu “A dzisiaj zjesz rybę na kolację!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s